Informator KRUS: świadczenia opiekuńcze. Autor: oprac. Anita Siemaszko, materiał przygotowany we współpracy z KRUS, fot. Marta Kuśmierz. Prezentujemy pierwsze z trzech świadczeń pieniężnych, które są adresowane do opiekunów osób z niepełnosprawnością. Każde z nich przysługuje innej grupie osób, różne są kryteria i warunki Kategorie: o matce. dodaj do ulubionych. Cytaty pochodzi z: Nieznośna lekkość bytu. Matka, najwierniejszy przyjaciel - dobry duchGdy przyjdą chmurne chwile, otacza silnym ramieniem, czułą opieką, zagoi rany życia, da nowe siły i poprowadzi w trudu bezkrwawy bójSzepnijcie cicho: - Mamusiu, Twój syn Cię kocha! Limit 30 dni zasiłku opiekuńczego w roku kalendarzowym przysługuje łącznie ojcu i matce dziecka niepełnosprawnego. Wynosi on maksymalnie 30 dni także wtedy, gdy w rodzinie jest więcej niż jedno dziecko niepełnosprawne w wieku od 8 lub 14 do 18 lat. PORADNIK KOBIETY PRZEDSIĘBIORCZEJ CZĘŚĆ 5: Dodatkowy zasiłek opiekuńczy / zasiłek chorobowy - pytania i odpowiedzi. - Pytanie 1 Za jaki okres należy O przybranych matkach – adoptujących skrzywdzone, opuszczone dzieci, zakładających rodzinne domy dziecka. Poeci o matce. Najpiękniejsze, najbardziej intymne wiersze poeci poświęcali właśnie swoim matkom. Konstanty Ildefons Gałczyński Spotkanie z matką – matka jest pierwszą i najważniejszą nauczycielką dla swego dziecka Poeta zwraca się do matki, wychowawczyni młodego Polaka, przepowiadając los jej dziecka. Mickiewicz stosuje liczbę pojedynczą, zarówno wtedy, kiedy mówi o matce, jak i o jej synu, jednak jego utwór przedstawia, niestety, wyrok zbiorowy: męczennicy to całe pokolenie Polaków, którym przyszło walczyć o wolność swojej ojczyzny i . Nowy Napis Co TydzieńCykleWydawnictwaE-sklepCzytelniaData publikacji: na chwilę przy oknierozświetlona papierosemznam te oczy z wielu obrazówzawsze gotowazawsze bolesnazawsze współczującazawsze pełna lękuzawsze zmęczonapcha skrzypiące krzyże codziennościraz do roku w Wielki Piątekbyłoby zuchwałym marzeniemmatkaniepełnosprawnego dzieckaJeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:Źródło tekstu: Renata Elżbieta Paliga, Kobieta z zaułka nocnego korytarza, Czytelnia, 2021PrzypisyPowiązane artykuły Matki dzieci niepełnosprawnych przyznają, że mają depresję, korzystają z pomocy psychoterapeutów, biorą leki albo nie wyspały się od kilkunastu lat. Ale nie zamieniłaby się z kimś na były rozmowy z ojcami dzieci niepełnosprawnych – „Lista obecności”. Książka o ojcach, ale jej ukrytymi bohaterkami były kobiety, bo to na ich barki zwykle spada ciężar opieki nad dziećmi. Teraz to im Stowarzyszenie „Bardziej Kochani” poświęca kolejny tytuł – „Nie było czasu na koniec świata”. I tak jak poprzednia książka była nieoczywista i łamała stereotypy, tak i ta burzy nasze wyobrażenie o życiu mam niepełnosprawnych dzieci. Przede wszystkim ten, że poświęcają się – w takim rozumieniu tego słowa, że całkiem rezygnują z siebie, pasji, dzieci niepełnosprawnych – bohaterki, siłaczki, pionierkiOwszem, poświęcają się, bo przede wszystkim one karmią, przewijają, pielęgnują, wożą na rehabilitację. Poświęcają się, bo każdą życiową decyzję podporządkowują dziecku i jego potrzebom. Ale starają się „wyrwać” z tego życia coś dla siebie. Są, jak pisze o nich we wstępie prof. Zbigniew Izdebski, „Pionierkami, Siłaczkami, Badaczkami, Malarkami, Dziennikarkami, Pisarkami”.Jeśli ktoś ci mówi, że musisz poświęcić się dla dobra dziecka, to wpycha cię w rolę ofiary. Myślę, że to jest model, który funkcjonuje w naszym społeczeństwie na zasadzie „cierpienie uszlachetnia”. Że Matka Polka da się pokroić i podać na tacy między pierogami – mówi Dorota Buczkowska, artystka sztuk jest mamą Maxa, który urodził się z poważnymi problemami genetycznymi, z chorym sercem, głową, nerkami. Potem doszła padaczka i autyzm. Trenuje boks, bo to daje jej poczucie sprawczości i siły. By zrobić coś dla siebie, zmobilizowała się, kiedy nie mogła wstać z łóżka. Nieustanny stres nasilał jej zdrowotne problemy. Jak wygląda kobieta – matka dziecka niepełnosprawnego?Monika Zima-Parjaszewska, doktor nauk prawnych, adwokatka, wspomina wypowiedź pewnej sędziny. Nie sprzed lat, nie z jakiejś maleńkiej wioseczki. Aktualną. Z Warszawy. Powiedziała kobiecie, że nie wygląda na matkę dziecka upośledzonego. „Takie wciąż pokutuje myślenie, że dziecko z niepełnosprawnością oznacza całkowite poświęcenie rodziców, zwłaszcza matek, rezygnację z siebie…” – komentuje Jasińska, mama piętnastolatki z zespołem Angelmana, dodaje: „Być może otoczenie widziałoby mnie chętnie jako tę umęczoną cierpiętnicę, której już nic się od życia nie należy, bo taki przypadł jej los. Nie ma we mnie zgody na to, by tak mnie postrzegano tylko dlatego, że mam niepełnosprawne dziecko. W końcu jestem wykształconą kobietą, artystką, wykładowcą, badaczką, dziennikarką. Mam prawo chcieć żyć tez dla siebie. Choć w tej sytuacji wymaga to dużo więcej siły i determinacji”.One tą siłę i determinację mają. Mobilizuje je nie tylko chęć zrobienia czegoś dla siebie, posiadania odskoczni. Także „przyziemna” sprawa – zadbanie o siebie, zdrowie, bo kto zajmie się dzieckiem, jeśli ich zabraknie. To ich siła napędowa. „Jesteś potrzebna do jego obsługi, nie możesz się zaniedbać” – mówi gorzko Buczkowska i otwarcie przyznaje, że brała o tym, kto zaopiekuje się dzieckiem, jeśli im coś się stanie, umrą staje się ich obsesją. Dlatego kiedy ich dzieci są jeszcze małe, zaczynają szukać rozmaitych rozwiązań. Nie tylko „standardowej” pomocy – rehabilitantów, ośrodków, ale także specjalnych, całodobowych, w których potrzeby niepełnosprawnych będą zaspokojone, a oni bezpieczni i zadbani, kiedy ich matek zabraknie. Matki biorą sprawy w swoje ręce. Wanda Woyniewicz, 85-latka, mama 45-letniej Eli z zespołem Downa, założyła Fundację Malwa, której była prezeską do 2007 roku, a której celem jest wybudowanie domu dla niepełnosprawnych dzieci. Wanda mówi:Nie mam pewności, jak długo jeszcze będę żyć, a jeśli chodzi o córkę i jej przyszłość, to muszę mieć pewność stuprocentową. Macierzyństwo bez lukru, filtrów upiększających. Non fiction. Real lifeMamy, które pojawiają się w książce, nie czekają aż coś spadnie z nieba, nie oglądają się na państwo. Działają, zakładają fundacje, stowarzyszenia. Zima-Parjaszewska walczy o edukację włączającą. Apeluje, by dzieci niepełnosprawne traktować podmiotowo. Uczyć najwięcej samodzielności, jak to możliwe. Także po to, by umiały się odnaleźć, kiedy ich mam zabraknie. Działania innych koncentrują się wokół tworzenia całodobowych ośrodków dla osób niepełnosprawnych ze sprzężeniami. I mają już pewne sukcesy na tych co z nimi samymi? Narzekają? Skarżą się? Ktoś, kto spodziewa się gorzkich żali, nie znajdzie ich na 200 stronach książki. Owszem, opowiadają bez lukru, filtrów upiększających. Non fiction. Real life. Często w wersji hard. Przyznają, że mają depresję, korzystają z pomocy psychoterapeutów, biorą leki, że siadają im kręgosłupy albo, jak Vanessa Nachabe-Grzybowska, dziennikarska „Super Expressu”, założycielka fundacji Dzielna Matka:Właściwie nie wyspałam się od szesnastu lat. Śpię, jak padnę na twarz (…). Przeważnie chodzę spać o trzeciej, czwartej nad Vanessy cierpią na rzadką chorobę genetyczną (oprócz nich w Polsce są zdiagnozowane dwie dziewczynki). Choroba objawia się porażeniem mózgowym. Vanessa jednak kocha swoje życie, nie wyobraża sobie Boga, żeby ulżył chłopcom w cierpieniu. Czasem potrafię naprzeklinać w takiej rozmowie, potem przepraszam (…). …bez mocy Boga, którą dostaję, nie dałabym rady. Matki niepełnosprawnych – reprezentantki innego myślenia o macierzyństwieRozmówczynie – i to kolejny stereotyp, który obalają w książce – nie zamieniłyby się na życie z kimś innym. Owszem, myślą czasem, że gdyby trafiły do szpitala, to przynajmniej by się wyspały. Przyznają, że gdyby miały wybór, to wolałaby nie mieć takiego doświadczenia. Byłyby innymi osobami. Ale bycie matką niepełnosprawnego dziecka nauczyło ich wiele o nich samych – jak np. tego, że mają tyle cierpliwości. Albo siły. I zrozumienia, że życie nie kończy się na niepełnosprawnym dziecku. W ogromie trudu, w jakim się znalazły, zachowują uśmiech i pogodę mówi o nich: reprezentantki całkiem innego myślenia o macierzyństwie. A o książce: świadectwo, że niekiedy przy całym trudzie funkcjonowania kobiet posiadających dziecko niepełnosprawne można dostrzec jasne elementy życia. Zaś Anna Orłowska, autorka zdjęć w publikacji, przyznaje:Nigdy nie zrobiłam tak dużo zdjęć z uśmiechem, nie prosząc o także:Jak Bóg wybiera matki dzieci z niepełnosprawnościamiCzytaj także:Patrząc na jej synka pytali, czemu nie dokonała aborcji. Postanowiła odpowiedziećCzytaj także:Baszak: Macierzyństwo jest moim powołaniem [wywiad]*Nie było czasu na koniec świata. Rozmowy z matkami dzieci niepełnosprawnych, red. Ewa Wołkanowska-Kołodziej, Stowarzyszenie Bardziej Kochani, 2018 31 Styczeń, 2020 Rola matki w życiu dziecka niepełnosprawnego- Edukacyjny Friday! „Rola matki w życiu dziecka niepełnosprawnego Bycie matką lub opiekunką chorego, niepełnosprawnego dziecka jest trudnym zadaniem. Matka wychowując taką pociechę napotyka na wiele problemów. Dotyczą one różnych sfer i pojawiają się na różnych etapach życia, ale niemal zawsze obciążają psychicznie i naruszają sferę emocjonalną opiekunki. Sytuacja rodziny mającej dziecko z niepełnosprawnością zależy często od: rodzaju niepełnosprawności, momentu kiedy niepełnosprawność powstała, liczby oraz wieku rodzeństwa dziecka z niepełnosprawnością, majętności rodziny, stanu psychicznego oraz fizycznego najbliższych. Duży wpływ mają także: długotrwały i całodobowy obowiązek opieki ( u dzieci z niepełnosprawnością wraz z wiekiem zakres opieki wzrasta ), większy wysiłek sił psychicznych oraz fizycznych (…)” Więcej do poczytania na naszej platformie edukacyjnej: Lekarz powiedział, że liczy się jakość życia, a nie to, czy dziecko przeżyje. A przecież to właśnie było najważniejsze! W tamtej chwili byłam gotowa na to, że moje dziecko będzie niepełnosprawne – wspomina Sylwia Sylwii urodziła się w szóstym miesiącu ciąży, ważyła niespełna 800 gramów. Od lekarza kobieta usłyszała, że dziecko może przeżyje, ale jaka będzie jakość tego życia… Sylwia ani przez chwilę nie miała wątpliwości, że jej dziecko trzeba ratować, dać mu szansę. Dziś Gabrysia, choć ma wiele wad, boryka się z chorobami, rozwija się świetnie, gada jak katarynka i w niczym nie przypomina „rośliny”. A Sylwia właśnie opublikowała książkę „Pod naszym niebem”, w której zawarła kilka wątków byłoby książki „Pod naszym niebem…”, gdyby nie Gabrysia, która urodziła się w szóstym miesiącu ciąży. Zacznijmy więc od niej. Sylwia Kubik: Tak, wody odeszły mi w szóstym miesiącu ciąży. Karetka zawiozła mnie do szpitala w Gdańsku. Myślałam, że na poród, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że można kontynuować ciążę po odejściu wód. Leżałam w szpitalu blisko dwa tygodnie. Pewnie ciąża trwałaby dłużej, gdyby nie infekcja. Lekarz prowadzący uznał, że trzeba zakończyć ciążę. Nie dotarło to mnie. Skoro mogę leżeć bez tych wód, to dlaczego teraz, trzy miesiące przed terminem, miałabym rodzić? Postawił jednak ultimatum – albo kończymy ciążę, albo nie, ale wtedy dziecko może w każdej chwili umrzeć z powodu chciała się pani zgodzić na ten przedwczesny poród. Mąż namawiał mnie na rozwiązanie, przekonywał, że medycyna tak się rozwinęła technologicznie, jest sprzęt, będzie można pomóc dziecku. Byłam przerażona wizją zakończenia ciąży tak wcześnie, ale zgodziłam się. Myślałam, że lekarze zrobią cesarkę, uznano jednak, że dla wcześniaka lepszy jest poród naturalny. Dostałam oksytocynę, miałam bóle parte, ale akcja porodu nie postępowała, nie było rozwarcia. Druga kroplówka i dalej nic. Po pierwszej ciąży miałam raka szyjki macicy i dwukrotną amputację szyjki. I to była przyczyna braku postępu w akcji porodowej – zasklepienie szyjki po tych wcześniejszych zabiegach.„Może dziecko przeżyje, ale liczy się jakość życia…”Co pani wtedy czuła? Byłam cała w stresie, zapłakana. Pytałam, czy dziecko da się uratować, przecież waży zaledwie 800 gramów! Usłyszałam: „Może przeżyje, ale liczy się jakość życia”. Lekarz powiedział, że nie jest najważniejsze, by dziecko uratować. Czysta abstrakcja. Przecież to właśnie było najważniejsze! W tamtej chwili byłam już gotowa na to, że moje dziecko będzie niepełnosprawne, będzie wymagało nieustannej opieki. Myślałam, że może nie chodzić, nie mówić, ale ważne, by było dalej? Zmiana dyżuru. Przyszła lekarka, która nas pocieszała, mówiła, że nie takie wcześniaki dają radę, wszystko będzie dobrze. Zauważyła, że szyjka jest zasklepiona i dlatego poród nie postępuje. O trafiłam na salę porodową, a moja córeczka przyszła na świat o 21:37. To dla mnie ją pani i……nie wyglądała jak dziecko, tylko jak mały stary człowiek. Staruszka w miniaturowej wersji. Widać było wszystkie żyłki, kosteczki. Była cała czerwona. Wyglądała jak kosmita. Ale krzyczała wniebogłosy, a lekarze mówili, że to dobry znak. Kolejna lekarka, pod której opiekę trafiliśmy, dawała nam otuchy. Nawet kiedy Gabrysia spadła do wagi 720 gramów i walczyła z infekcją, żółtaczką. Słyszałam, że jest nadzieja, że córkę da się uratować. Jasne, byli też lekarze, którzy przygotowywali nas na jej śmierć. Miałam taką świadomość, przecież na oddziale leżały dzieci, które odchodziły. Ale w ogóle nie chciałam tego słuchać! Wierzyłam, że się urodziła się o 21:37, w godzinie śmierci Jana Pawła IIJak się pani wtedy czuła?Po porodzie leżałam na sali z mamami zdrowych dzieci, które miały je obok siebie. A ja nie mogłam nawet wejść do mojej córki. Jej matką stał się inkubator, mnie nie potrzebowała. Czułam się jak matka-niematka, myślałam, że zwariuję. Na szczęście po dwóch dniach wypisano mnie ze szpitala, przyjeżdżałam odwiedzać pomogło przetrwać w tych trudnych chwilach? Bliscy, rodzina, wiara? Modliłam się dużo. Kiedy tylko odeszły wody, przypomniały mi się wszystkie modlitwy od czasów dzieciństwa. Cała droga do szpitala była wypełniona modlitwą – chaotyczną, przerywaną, niemal spazmatyczną. Prosiłam o wsparcie wszystkich świętych, ale i zmarłych z rodziny. Kiedy zorientowałam się, że Gabrysia urodziła się dokładnie w godzinie śmierci Jana Pawła II poczułam, że Bóg wysłuchał moich modlitw. Czułam, że będzie pani reagowała na te sceptyczne opinie, że nie ma sensu ratować takich dzieci, że liczy się jakość życia? Skąd to silne przekonanie, by walczyć do końca, mimo wszystko? Słyszeliśmy, że natura wie, co robi, naturalna selekcja… Że takich dzieci nie powinno się ratować, szkoda pieniędzy, bo to ogromny koszt dla NFZ. Tyle kasy, a te dzieci i tak umierają albo resztę życia wegetują. Ale to było moje dziecko! Nieważne jakie będzie, to moje dziecko!Nie pytała pani, dlaczego akurat pani się to przytrafiło? Nie, nie pytałam dlaczego mnie to spotkało. Jak nie mnie, to kogo miało spotkać? Mam wskazać palcem? Bóg wiedział, co robił. Skoro dał mi takie doświadczenie, wiedział, że sobie poradzę. Zrobię wszystko, co się da. Mąż bardzo to przeżywał, a dla mnie to było zadanie, trzeba było działać, więc działałam. Doświadczyliśmy też wiele życzliwości, pomocy. Ludzie, których nie znamy, modlili się za Gabrysię, były odprawiane msze w jej intencji, później zbiórki na kosztowną rehabilitację. Myślę, że w przetrwaniu pomogła życzliwość ludzi wokół, a także wsparcie, jakim dla siebie wzajemnie jesteśmy, to, jak się ma wady, choroby, ale porównać ją do rośliny? Bez przesady!Skoro była mowa o „jakości życia”, to muszę zapyta, jaka ta jakość teraz jest?Gabrysia ma prawie sześć lat. Rozwija się dobrze. Gada jak katarynka. Ma wadę serca, niezidentyfikowanego guza na szyi, dysplazję oskrzelowo-płucną, która objawia się częstymi zapaleniami oskrzeli. Jest po operacji oczu (miała retinopatię) – pierwszą przeszła, ważąc 2,7 kg. Jest pod nieustającą opieką lekarzy, robimy regularne badania. Co pół roku jeździmy na rehabilitację oczu, córka kwalifikuje się na kolejną operację. Jest początku była pani taka zwarta i gotowa do działania? Żadnego kryzysu, bezradności? Kiedy Gabrysia wyszła do domu, miała zniekształconą główkę, zdeformowane podniebienie. Od razu zaczęliśmy rehabilitacje. Pięć razy w tygodniu. Zjeździłam okoliczne miasta, po 40-50 km dziennie. Prywatna rehabilitacja, co kwartał turnus. Ogrom pracy, ćwiczeń przyniósł efekty – córka zaczęła podnosić głowę, ruszać ręką, pełzać, podkurczać nogi. Teraz biega, a ja boję się, że zacznie wspinać się na drzewa. Jest kontaktowa. Ma wady, choroby, ale porównać ją do rośliny? Bez przesady!To wymagało jednak ogromu pracy, która często spada na ramiona matek. Ma pani wrażenie, że matki niepełnosprawnych są traktowane jak cyborgi? Nie, ale dlatego, że mam wsparcie męża, rodziny. Wróciłam do pracy, kiedy Gabrysia miała rok, bo rehabilitacja była bardzo kosztowna. Pracuję jako nauczycielka. Mąż tak ustawił swoje zmiany, że mogliśmy się zmieniać. Raz on był w szpitalu, raz ja. Słyszę, że mam fart, bo trafił mi się dobry mąż. Przecież to tak samo rodzic Gabrysi, jak ja! Kocha ją, więc się nią opiekuje. Nigdy jej nie kąpałam. W nocy wstawaliśmy na zmianę. Mąż z nią ćwiczył. Pomagały mama, teściowa, znajomi. Nigdy nie czułam presji, że wszystko jest na mojej głowie. Miałam ogromne wsparcie i pomoc książce matka niepełnosprawnego dziecka jest sama…Spotykam na turnusach mamy, które po raz pierwszy przyjeżdżają na nie z nastoletnimi dziećmi… To za późno! Kości się już zastały, nie ma szans na poprawę. Wiem, że często zostają same, ojcowie zawijają manatki, nie płacą nawet alimentów. Ale trzeba walczyć, od początku, nie poddawać się. Żal mi tych samotnych matek. To za dużo, jak na głowę jednej osoby, która przecież też ma swoje życie i prawo do niego. Wkurza mnie krytykowanie mam, kiedy próbują się na chwilę wyrwać, zrobić coś dla siebie. Zamiast je krytykować, trzeba im pomóc, wesprzeć, pokierować.„Takim dzieciom warto dać szansę. Mają prawo do życia!”Pisanie książki z tyloma wątkami autobiograficznymi miało dla pani wartość terapeutyczną? Nie, ale zrobiłam to z premedytacją i w konkretnym celu. Chciałam pokazać, że takim dzieciom warto dać szansę. Mają prawo do życia, trzeba je ratować. Kiedy słyszę o aborcjach wykonanych w czwartym miesiącu, robi mi się słabo. Moje dziecko urodziło się w szóstym, żyje, normalnie funkcjonuje. Każda złotówka wydana na ratowanie wcześniaków to dobrze wydane zadedykowała pani swemu tacie. I to tutaj pisząc, chciałam poradzić sobie z problemami po jego odejściu. Byliśmy z nim bardzo związani, mieszkaliśmy razem. Jego śmierć była dla nas wszystkich traumą. Dziewczynki nie rozumiały, że dziadek nie wróci. Młodsza córka wszędzie go widziała. Wciąż o niego pytała. Kiedy padał deszcz, mówiła, że dziadziuś zmoknie. Budziła się w nocy, płakała. Jak wytłumaczyć takiemu małemu dziecku śmierć? W przypadku taty doszło do zaniedbań w szpitalu, zgłosiłam to, postępowanie trwało trzy lata. Pielęgniarki zostały ukarane. Chciałam pokazać, że kiedy zdarzają się takie sytuacje, nie można machnąć ręką. Trzeba działać. Jeśli będziemy się upominać o godność pacjentów, nie godzić na zaniedbania w szpitalach, sytuacja może się poprawić. A jeśli będziemy przymykali oko, to nic się nie chciała pani powiedzieć swoimi czytelniczkom? Że życie jest piękne, a ludzie dobrzy. Tylko trzeba się na to otworzyć i dostrzec. W książce nie ma krwi, seksu, sensacji, morderstw. To książka o dobru. Nie o bohaterstwie, ale o zwykłym, codziennym dobru.*Sylwia Kubik, „Pod naszym niebem. Każdy ma swoje miejsce na ziemi”, eSPe 2019 Czy zapytaliście się kiedyś siebie, w jaki sposób Pan Bóg wybiera matki niepełnosprawnych dzieci? Oto toczy się rozmowa: Bóg: Tej dajmy dziecko upośledzone. Anioł: - Dlaczego właśnie tej Panie? Jest taka szczęśliwa. - Właśnie tylko dlatego – mówi uśmiechnięty Bóg. Czy mógłbym powierzyć upośledzone dziecko kobiecie, która nie wie, czym jest radość? Byłoby to okrutne. - Ale czy będzie miała cierpliwość? – pyta anioł. - Nie chcę, aby miała dużo cierpliwości, bo utonęłaby w morzu łez, roztkliwiając się nad sobą i nad swoim bólem. A tak jak jej tylko przejdzie szok i bunt, będzie potrafiła sobie ze wszystkim poradzić. - Panie wydaje mi się, że ta kobieta nie wierzy nawet w Ciebie. Bóg uśmiechnął się: - To nieważne… mogę temu przeciwdziałać. Ta kobieta jest doskonała. Posiada w sobie właściwa ilość egoizmu. Anioł nie mógł uwierzyć swoim uszom. - Egoizmu? Czyżby egoizm był cnotą? Bóg przytaknął. - Jeśli nie będzie potrafiła od czasu do czasu rozłączyć się ze swoim dzieckiem, nie da sobie nigdy rady. Tak, taka ma być właśnie kobieta, którą obdarzyłem dzieckiem dalekim od doskonałości. Kobieta, która teraz nie zdaje sobie sprawy, że kiedyś będą jej tego zazdrościć. Nigdy nie będzie pewna żadnego słowa. Nigdy nie będzie ufała żadnemu swemu krokowi. Ale kiedy jej dziecko po raz pierwszy powie: mamo, uświadomi sobie cud, którego doświadczyła. Widząc drzewo lub zachód słońca lub niewidome dziecko, będzie potrafiła bardziej niż ktokolwiek inny dostrzec moją moc. Pozwolę jej, aby widziała rzeczy, tak jak ja sam widzę (ciemnotę, okrucieństwo, uprzedzenia) i pomogę jej, aby potrafiła wzbić się ponad nie. Nigdy nie będzie samotna. Będę przy niej w każdej minucie jej życia, bo to ona w tak troskliwy sposób wykonuje swoją pracę, jakby była wciąż obok mnie. - A święty patron? – zapytał anioł, trzymając zawieszone w powietrzu gotowe do napisanie pióro. Bóg uśmiechnął się… - Wystarczy jej lustro… Źródło: Internet Fot. Kama Trojak

wiersz o matce dziecka niepełnosprawnego